Zmieniam galaktykę, zakładam nowego, tajemnego bloga, którego lokalizację podam kiedyś. Albo i nie. Pięknie mi było polatać tu z Wami, pozdrawiam wszelkich Wszechstworów, dziękuję e.
a.
p.s.Podali w prognozie, że ma być tylko lepiej.
wtorek, 16 lipca 2013
poniedziałek, 15 lipca 2013
Pączusia
"When it all goes quiet behind my eyes, I see everything that made me
lying around in invisible pieces. When I look too hard, it goes away.
And when it all goes quiet, I see they are right here. I see that I'm a
little piece in a big, big universe. And that makes things right. When I
die, the scientists of the future, they're gonna find it all. They
gonna know, once there was a Hushpuppy, and she live with her daddy in
the Bathtub"
.
.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Ave Gogol!
pewnego deszczowego wieczoru, kiedy zmysły już gasną i układają się do snu, ostatkiem sił spojrzałam w szklany ekran i zobaczyłam Go po raz pierwszy. miał na sobie podróbę dresu addidasa, złoty łańcuch na szyi i pięknie zniekształcony angielski akcent. niebieskie oczy, charakterne brwi, wiecznie rozczochrana czupryna, dziarski krok. Eugene Hutz grał Alexa.
szybko się okazało, że Genio to w ogóle założył zespół Gogol Bordello, w którym grają muzycy z całego świata i robią to z taką werwą, że nawet Madonna poprosiła o wspólny koncert. ona też wie, że Gogol skaczący w niebieskich kozaczkach jest spełnieniem marzeń współczesnej kobiety.
cygańska energia z turbodoładowaniem rocka i punka rozwalała publiczność na całym świecie, nawet na Openerze i w tym miesiącu w Warszawie. po kilku latach wzdychań do Gogola z telelwizora zobaczyłam swoje cherlawe aczkolwiek gibkie bóstwo na żywo. łezka się w oku zakręciła, serduszko szybciej zabiło. Genio żwawo wyskoczył na scenę w kiczowatych jak zwykle spodenkach, skacząc jak kangur w addidasach z lumpa i kalecząc angielskie słowa wyfałszowywał kolejne hity, co niosły tłum jak fale na morzu rozpierdolu egzystencjalnego.
bezczelnie piękne to było. tak piękne jak On. bo jest prawdziwy, bo udawać nie musi nic. bo robi to co kocha i inni Go za to kochają. bo roznosi Go energia, którą boimy się wydobyć "bo nie wypada". ma wyjebane.
taki właśnie jest mój Genio. platoniczny nieco, bo ciągle gdzieś go gna. mimo to Genio jest blisko, gdy ludzie mówią mi, że coś ze mną jest nie tak, "bo przecież to nie wypada".
Gogolmy się z klasą w nawet najgorszym życiowym burdelu.
Ave Gogol!
e.
szybko się okazało, że Genio to w ogóle założył zespół Gogol Bordello, w którym grają muzycy z całego świata i robią to z taką werwą, że nawet Madonna poprosiła o wspólny koncert. ona też wie, że Gogol skaczący w niebieskich kozaczkach jest spełnieniem marzeń współczesnej kobiety.
cygańska energia z turbodoładowaniem rocka i punka rozwalała publiczność na całym świecie, nawet na Openerze i w tym miesiącu w Warszawie. po kilku latach wzdychań do Gogola z telelwizora zobaczyłam swoje cherlawe aczkolwiek gibkie bóstwo na żywo. łezka się w oku zakręciła, serduszko szybciej zabiło. Genio żwawo wyskoczył na scenę w kiczowatych jak zwykle spodenkach, skacząc jak kangur w addidasach z lumpa i kalecząc angielskie słowa wyfałszowywał kolejne hity, co niosły tłum jak fale na morzu rozpierdolu egzystencjalnego.
bezczelnie piękne to było. tak piękne jak On. bo jest prawdziwy, bo udawać nie musi nic. bo robi to co kocha i inni Go za to kochają. bo roznosi Go energia, którą boimy się wydobyć "bo nie wypada". ma wyjebane.
taki właśnie jest mój Genio. platoniczny nieco, bo ciągle gdzieś go gna. mimo to Genio jest blisko, gdy ludzie mówią mi, że coś ze mną jest nie tak, "bo przecież to nie wypada".
Gogolmy się z klasą w nawet najgorszym życiowym burdelu.
Ave Gogol!
e.
sobota, 22 czerwca 2013
śniadanie po tiffanim
Znacie bohaterkę Śniadania u Tiffaniego?
Uwielbiała jadać śniadania pod luksowym sklepem z biżuterią, mówiąc, że nic nie daje jej takiego poczucia bezpieczeństwa i stabilności, niż widok na drogocenne kamienie.
To było 50 lat temu, elegancja zdążyła osiwieć i kulejąc oddać pierwsze miejsce na podium otyłemu komfortowi. Ma być dużo, łatwo, tanio, niekoniecznie pięknie i elegancko.
Czy jest dla współczesnego człowieka lepsza opcja niż śniadanie all inclusive?
Miałam okazję zjeść takie dziś, w hotelu w centrum Warszawy. Sałatki, bagietki, marmolady, świeże soki, jajka w przeróżnych postaciach, antipastii, warzywka, sałatka owocowa, serki i jugurty. No wszystko.
Z pełnym talerzem we wszystkich kolorach tęczy usiadłam przy stoliku. Akurat dość sporo ludzi przyszło po mnie. No nie, zjedzą mi całą sałatkę owocową!- pomyślałam i zaczęłam obserwować, co biorą. Moje obawy szybko okazały się bezpodstawne.
Ludzie jedli: chleb, bulki kajzerki, chleb, jejecznicę, bułkę, masło, jajecznicę, parówki, chleb.
Podsumowując- jajecznicę, parówki i pieczywo. Z masłem.
Jak można nie spróbować tego wszystkiego, albo chociaż czegokolwiek. W weekend, kiedy czas nie goni- pomyślałam.
Najśmieszniej było, gdy stołować przyszła się wycieczka szkolna. Trzech chłopców, podążając za samcem alfa, miało na talerzu dokładnie to samo: jajecznicę i dwie bułki, co więcej nawet w takim samym układzie graficznym!
Dziewczyny, jak to zwykle na wycieczkach, udawały że nie są głodne i zadowoliły się jogurtem (dobrze, że nie sałatką owocowa).
Nikt nawet nie spróbował mojej sałatki, mogłam jeść ile chciałam. Nie powiem, żeby mnie z egoistycznych względów nie cieszyło, ale też- zastanowiło.
Dlaczego nie patrzymy, co jemy, nawet, gdy wszystko jest już opłacone i przygotowane na stole?
To nie jest kwestia czasu ani pieniędzy, może strachu przed wejściem poza to, co znane. Oceny społeczne, naśladownictwo,lęk przed byciem outsiderem- czy naprawdę chcemy, żeby to kierowało naszym życiem?
Skoro nie chce nam się poszerzać horyzontów w tak prostej sprawie, gdy alternatywy mamy przygotowane i podane pod nos, to co dopiero w innych przestrzeniach? Czy wystarczy nam mentalna parówka, zmiskowana sztuczność, byleby jako tako wyglądająca i smakująca?
A ty, co jesz na śniadanie?
a.
Uwielbiała jadać śniadania pod luksowym sklepem z biżuterią, mówiąc, że nic nie daje jej takiego poczucia bezpieczeństwa i stabilności, niż widok na drogocenne kamienie.
To było 50 lat temu, elegancja zdążyła osiwieć i kulejąc oddać pierwsze miejsce na podium otyłemu komfortowi. Ma być dużo, łatwo, tanio, niekoniecznie pięknie i elegancko.
Czy jest dla współczesnego człowieka lepsza opcja niż śniadanie all inclusive?
Miałam okazję zjeść takie dziś, w hotelu w centrum Warszawy. Sałatki, bagietki, marmolady, świeże soki, jajka w przeróżnych postaciach, antipastii, warzywka, sałatka owocowa, serki i jugurty. No wszystko.
Z pełnym talerzem we wszystkich kolorach tęczy usiadłam przy stoliku. Akurat dość sporo ludzi przyszło po mnie. No nie, zjedzą mi całą sałatkę owocową!- pomyślałam i zaczęłam obserwować, co biorą. Moje obawy szybko okazały się bezpodstawne.
Ludzie jedli: chleb, bulki kajzerki, chleb, jejecznicę, bułkę, masło, jajecznicę, parówki, chleb.
Podsumowując- jajecznicę, parówki i pieczywo. Z masłem.
Jak można nie spróbować tego wszystkiego, albo chociaż czegokolwiek. W weekend, kiedy czas nie goni- pomyślałam.
Najśmieszniej było, gdy stołować przyszła się wycieczka szkolna. Trzech chłopców, podążając za samcem alfa, miało na talerzu dokładnie to samo: jajecznicę i dwie bułki, co więcej nawet w takim samym układzie graficznym!
Dziewczyny, jak to zwykle na wycieczkach, udawały że nie są głodne i zadowoliły się jogurtem (dobrze, że nie sałatką owocowa).
Nikt nawet nie spróbował mojej sałatki, mogłam jeść ile chciałam. Nie powiem, żeby mnie z egoistycznych względów nie cieszyło, ale też- zastanowiło.
Dlaczego nie patrzymy, co jemy, nawet, gdy wszystko jest już opłacone i przygotowane na stole?
To nie jest kwestia czasu ani pieniędzy, może strachu przed wejściem poza to, co znane. Oceny społeczne, naśladownictwo,lęk przed byciem outsiderem- czy naprawdę chcemy, żeby to kierowało naszym życiem?
Skoro nie chce nam się poszerzać horyzontów w tak prostej sprawie, gdy alternatywy mamy przygotowane i podane pod nos, to co dopiero w innych przestrzeniach? Czy wystarczy nam mentalna parówka, zmiskowana sztuczność, byleby jako tako wyglądająca i smakująca?
A ty, co jesz na śniadanie?
a.
środa, 19 czerwca 2013
samotność w sieci
Jest taki typ ludzi, którzy inaczej mają z samotnością.
Wychowani jako samotnicy, większość dzieciństwa spędzili w towarzystwie wyimaginowanych przyjaciół.
Długie godziny spędzali na rytuałach i przemyśleniach, niezmąconych rzeczywistością.
Potem było różnie.
Często pozostali na uboczu, zajęci elitarnym hobby. Niektórzy na tym zarobili, niektórzy stali się sławni.
Inni sukcesywnie wkładają swoje owoce do szuflad, może za kilka lat.
Bywało też, że takie osoby, by rozprawić się z lękiem społecznym, w pewnym momencie życia stały się ekstrawertykami. I, jasne, potrafią gadać. Przecież milczeli przez tyle lat!
Ale nie słuchają.
Nie nauczyli się tego od misia ani lalki- zabawki nie miały w zwyczaju przerywać, ani mieć własnego zdania.
Taka osoba uczy się nadawać, ale nie obierać.
I nagle, ktoś inny się odzywa.
Po początkowym zdumieniu, szybko przychodzi zniecierpliwienie: Teraz ja, ja, ja!! Ja wiem lepiej, ja bym to ciekawiej sformułowała. Boże, jak ty nudzisz, ja pierdolę. No przecież to jest oczywiste. Poudaję, że słucham, ale zaraz coś wtrącę.
Z każdą sekundą narcyz męczy się, usycha. W towarzystwie ludzi, którzy go nie wielbią, jak wpatrzone w niego zabawki, czuje się samotny. Kiedy musi udawać, że tych ludzi lubi, gorszych, głupszych. Musi oddawać swój cenny czas i uwagę komuś, kto nigdy mu nie dorówna. Nie może imaginować. Jest sam w realności, której nie chce akceptować. Samotny wśród ludzi.
Znałam kiedyś taką osobę, mieszka niedaleko. Znalazłam jej tam wygodne miejsce. Coraz rzadziej wychodzi na wierzch, bo i po co.
a.
Wychowani jako samotnicy, większość dzieciństwa spędzili w towarzystwie wyimaginowanych przyjaciół.
Długie godziny spędzali na rytuałach i przemyśleniach, niezmąconych rzeczywistością.
Potem było różnie.
Często pozostali na uboczu, zajęci elitarnym hobby. Niektórzy na tym zarobili, niektórzy stali się sławni.
Inni sukcesywnie wkładają swoje owoce do szuflad, może za kilka lat.
Bywało też, że takie osoby, by rozprawić się z lękiem społecznym, w pewnym momencie życia stały się ekstrawertykami. I, jasne, potrafią gadać. Przecież milczeli przez tyle lat!
Ale nie słuchają.
Nie nauczyli się tego od misia ani lalki- zabawki nie miały w zwyczaju przerywać, ani mieć własnego zdania.
Taka osoba uczy się nadawać, ale nie obierać.
I nagle, ktoś inny się odzywa.
Po początkowym zdumieniu, szybko przychodzi zniecierpliwienie: Teraz ja, ja, ja!! Ja wiem lepiej, ja bym to ciekawiej sformułowała. Boże, jak ty nudzisz, ja pierdolę. No przecież to jest oczywiste. Poudaję, że słucham, ale zaraz coś wtrącę.
Z każdą sekundą narcyz męczy się, usycha. W towarzystwie ludzi, którzy go nie wielbią, jak wpatrzone w niego zabawki, czuje się samotny. Kiedy musi udawać, że tych ludzi lubi, gorszych, głupszych. Musi oddawać swój cenny czas i uwagę komuś, kto nigdy mu nie dorówna. Nie może imaginować. Jest sam w realności, której nie chce akceptować. Samotny wśród ludzi.
Znałam kiedyś taką osobę, mieszka niedaleko. Znalazłam jej tam wygodne miejsce. Coraz rzadziej wychodzi na wierzch, bo i po co.
a.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Afonia, co wymaszerowała smutki
była sobie Afonia, co w filmie Janka Kolskiego szukała miłości. znalazła ją na chwilę, a potem straciła i z tego powodu osiwiała w jeden dzień. żeby nie oszaleć z tęsknoty oglądała kadry z filmów nakręconych starą kamerą, gdzie on uczył ją maszerować.
kiedy odszedł, Afonia wzięła swoją kamerę i ruszyła w podróż.
maszerowała. z impetem, goryczą, żalem i złością wdeptując w ziemię uczucia. stanowczo i do utraty tchu.
chyba każdy ma taki moment w życiu, że trzeba coś z siebie wymaszerować.
e.
wszystko można wymaszerować
kiedy odszedł, Afonia wzięła swoją kamerę i ruszyła w podróż.
maszerowała. z impetem, goryczą, żalem i złością wdeptując w ziemię uczucia. stanowczo i do utraty tchu.
chyba każdy ma taki moment w życiu, że trzeba coś z siebie wymaszerować.
e.
wszystko można wymaszerować
wtorek, 11 czerwca 2013
Kłapouch
jestem rozbita. zdeptana. rozwalona na kawałki. zmielona. nie wiem czego chcę i jaka do końca jestem. nie potrafię się odnaleźć. zgubiłam gdzieś wszystko po drodze. zgubiłam siebie, a może nawet nie wiedziałam czy ta osoba w środku to byłam ja, czy tylko ja, którą chciałam być.
nie wiem, gdzie jest moje miejsce, mój dom, moja przestrzeń. nie wiem co chcę robić, kim być. bezdomna jestem sama w sobie. myśli odbijają się echem w moje głowie, tłoczą się i szarpią.
wiem, co czuł Kłapouch szukając swojego domu i ogonka, co go gubił co chwilę. nie mam nawet gwoździa, żeby przybić tego ogonka. widocznie muszę zacząć od początku. wszystko od początku.
e.
nie wiem, gdzie jest moje miejsce, mój dom, moja przestrzeń. nie wiem co chcę robić, kim być. bezdomna jestem sama w sobie. myśli odbijają się echem w moje głowie, tłoczą się i szarpią.
wiem, co czuł Kłapouch szukając swojego domu i ogonka, co go gubił co chwilę. nie mam nawet gwoździa, żeby przybić tego ogonka. widocznie muszę zacząć od początku. wszystko od początku.
e.
feldenkreis
W zeszłą niedzielę uczestniczyłam w bardzo ciekawych warsztatach pracy z ciałem. Cztery zasady Feldenkreisa, do pracy z ciałem ale i życiem:
1. Zacznij od strefy komfortu i uczyń ją jeszcze bardziej przyjemną.
2. Wybierz sobie cel, ale nie za łatwy ani nie za trudny, w twoim zasięgu. Próbuj.
3. Odsuń się od celu, a potem podejdź do niego z innej strony.
4. Baw się tym, połącz go z czymś twoim, niech stanie się częścią ciebie.
http://www.youtube.com/watch?v=0FUlRjBcGGE&feature=player_embedded
Doświadczyłam i ciekawe, świeże.
Polecam sprawdzić na własnej skórze.
Pierwszy raz byłam na warsztatach sportowych, na których słyszałam: odpuść, rozluźnij, odpocznij, mniej, lżej :)
a.
1. Zacznij od strefy komfortu i uczyń ją jeszcze bardziej przyjemną.
2. Wybierz sobie cel, ale nie za łatwy ani nie za trudny, w twoim zasięgu. Próbuj.
3. Odsuń się od celu, a potem podejdź do niego z innej strony.
4. Baw się tym, połącz go z czymś twoim, niech stanie się częścią ciebie.
http://www.youtube.com/watch?v=0FUlRjBcGGE&feature=player_embedded
Doświadczyłam i ciekawe, świeże.
Polecam sprawdzić na własnej skórze.
Pierwszy raz byłam na warsztatach sportowych, na których słyszałam: odpuść, rozluźnij, odpocznij, mniej, lżej :)
a.
piątek, 7 czerwca 2013
te uszka
i tak to jest. człowiek jak ten osioł, chowa się za drzewem i myśli, że nic nie widać.
-
- ale czy to nie byłoby oszukiwanie?- spytał.- czy to by nie była nieprawda...nastawiasz się, że będzie dobrze, chociaż wiesz, że nie będzie. Z wcześniejszych doświadczeń.
Tak, masz rację. Nieustanne, bardzo męczące oszustwo- tak powinnam powiedzieć.
Zdaję się, że trwa całe życie.
Nie, lepiej zaatakuje z ego.
- a słyszałeś o samospełniającej się przepowiedni?
- Tak, ale chyba najodpowiedniejsze byłoby przyjęcie rzeczywistości, żeby się nie rozczarować.
I w tym momencie, to mi się już chciało płakać.
Ale wy i tak nie wierzycie w rzeczywistość- podsumował.
Brak wiary to często moja ostatnia nadzieja.
a.
-
- ale czy to nie byłoby oszukiwanie?- spytał.- czy to by nie była nieprawda...nastawiasz się, że będzie dobrze, chociaż wiesz, że nie będzie. Z wcześniejszych doświadczeń.
Tak, masz rację. Nieustanne, bardzo męczące oszustwo- tak powinnam powiedzieć.
Zdaję się, że trwa całe życie.
Nie, lepiej zaatakuje z ego.
- a słyszałeś o samospełniającej się przepowiedni?
- Tak, ale chyba najodpowiedniejsze byłoby przyjęcie rzeczywistości, żeby się nie rozczarować.
I w tym momencie, to mi się już chciało płakać.
Ale wy i tak nie wierzycie w rzeczywistość- podsumował.
Brak wiary to często moja ostatnia nadzieja.
a.
wtorek, 28 maja 2013
drop in the ocean of the universe
wielowymiarowość życia i człowieka jest nieskończona. zapętla się we fraktalne wzory, by potem stworzyć rozwiązania do zupełnie nowych kodów, które tworzą nowe rzeczywistości.
tyle jeszcze do odkrycia, tyle granic do przekroczenia, tyle mitów do obalenia.
i ja w tym wszystkim jak kropelka w oceanie, co chciałaby zapamiętać, że kiedyś była kropelką zanim wyschnie lub stanie się falą.
e.
tyle jeszcze do odkrycia, tyle granic do przekroczenia, tyle mitów do obalenia.
i ja w tym wszystkim jak kropelka w oceanie, co chciałaby zapamiętać, że kiedyś była kropelką zanim wyschnie lub stanie się falą.
e.
środa, 22 maja 2013
oniryczna kulka z pszczelego kitu
pożarła mnie wiosna. i próbuję się wydostać z zapachu bzów, z deszczu, z drzew szumiących nasyconą zielenią. skazana na grawitację patrzę na wyczochrane chmury, co spokojnie suną przez błękit.
wygłodzona byłam, na litość wiosny czekałam, żeby choć na chwilę, jeden promień słońca pomiział mnie po twarzy. a tu dostatek ciepła, słońce otula, kwiaty rosną.
czuję się onirycznie.
wiosna przeżuwa mnie jak kulki z pszczelego kitu. wytarmoszona jestem radośnie.
e.
wygłodzona byłam, na litość wiosny czekałam, żeby choć na chwilę, jeden promień słońca pomiział mnie po twarzy. a tu dostatek ciepła, słońce otula, kwiaty rosną.
czuję się onirycznie.
wiosna przeżuwa mnie jak kulki z pszczelego kitu. wytarmoszona jestem radośnie.
e.
poniedziałek, 20 maja 2013
trzmiel
Podobno trzmiel nie powinien latać, bo
ma za małe skrzydła. Lata mimo wszystko, zasady aerodynamiki
pokonuje, jak to określili fizycy „brutalną siłą”.
Jako natchnienie, naoczna motywacja,
trzmiele są mi szczególnie bliskie.
W zeszłym tygodniu przekroczyliśmy
jednak granicę zdrowego dystansu.
Dorodny przedstawiciel gatunku wleciał
od mojego pokoju na drugim piętrze- jak- nie wiem.
Obudziłam się i zobaczyłam na
chuście cień robala. To był on. W pierwszym momencie pomyślałam-
pająk! Wybiegłam z krzykiem z pokoju.
Boże, jak ja się bałam! Niby robak.
Nie mogłam do niego podejść. Centymetr długości, a byłam
przerażona.
Po godzinie szlochów, płaczu,
podchodów, telefonie do brata (który polecił mi najlepiej spalić
całe mieszkanie i uciec, dla pewności), odważyłam się podejść.
Ale nie, że już dotknąć. Podejść.
Otworzyłam okno. Myślałam, że to załatwi sprawę, ale za żadną
cenę nie mógł się wygramolić. Co za wstrętny typ, wleciał na
drugie piętro, a teraz nie może podlecieć pół metra?!
Trzeba mu było pomóc. Gdybym
zostawiła go w pokoju, mógłby się schować, umrzeć- albo gorzej-
nie umrzeć. Przyszłabym i gdyby go nie było widać, nie
wiedziałabym, czy wyleciał, czy się gdzieś schował. Zabić też
nie mogłam. Musiałam po pomóc wylecieć przez okno. Już byłam
spóźniona na spotkanie. Boziu!!!
W końcu- ubrana w silikonowe rękawice,
kurtkę, z sitkiem, miską i reklamówką- udało mi się go
wypuścić. Cały czas miałam otwarte drzwi wejściowe, żeby uciec
jakby co.
Najtrudniej było podejść, kiedy to
już zrobiłam, poszło.
Dziś rano znowu wleciał do pokoju
trzmiel. A może to była osa.
„No nie!”-pomyślałam- to już
szczyt. Zupełnie nie czułam strachu. Pobudzenie, oburzenie.
Popatrzyłam, jak lata, wyciągnęłam
rękę w stronę owada i zdecydowanym gestem rozkazałam „Sio!”.
Wyleciał od razu.
Wszystkie te wydarzenia, niby zwykłe,
nabierają sensu w kontekście jednego z najważniejszych snów. Idę
świtem, jak się okazuje, do domu mojej babci, gdzie mieszkałam,
kiedy byłam mała. W śnie jestem dorosła. Przy furtce widzę
siedzące na płocie kilka trzmieli, dorodnych, grubych, gotowych do
pracy. Nagle dostrzegam, że wszystkie kwiaty zakryte są szkłem.
Urosły nad wyraz piękne, dorodne, ale nie będą mogły wydać
owoców. Na każdy nałożony jest dokładnie przykrywający słój.
Trzmiele chcą, żebym wyszła z pokoju
i je zdjęła.
I to mnie przeraża. Ale czas
najwyższy.
Odsłonię i dam zniszczyć kwiaty.
Pozwolę na transformację i zobaczymy, co wyrośnie. Gruszki na
wierzbie, czy śliwki na sośnie.
a.
poniedziałek, 13 maja 2013
teoria kokosa
nie można powiedzieć, że się kogoś zna. przecież sami siebie nie znamy do końca.
patrzę jak ludzie walczą. i nie jest to walka o siebie. tylko o to, żeby stworzyć iluzję silnych.
boją się słabości, porażki, wtopy, samotności, niespełnienia, smutku.
i udowadniają Ci, że wszystko jest zajebiście, że biorą życie za bary, że przetrwają wszystko. jednak pod tą grubą skorupą kokosa kryje się esencja istnienia. kryje się prawda, która i tak prędzej czy później zostanie brutalnie wypruta i będzie trzeba się z nią zmierzyć. bez udawania, drwienia, sarkazmu i innych mechanizmów samoobrony.
tak bardzo boimy się samych siebie, że nie potrafimy siebie zaakceptować z całym inwentarzem wad, dziwności i słabości, więc tworzymy maskę, która podoba się innym ludziom. to strasznie wygodne musi być ...i męczące.
coraz więcej tych masek. zdarza się, że osoba, którą bardzo cenisz i szanujesz okazyjnie taką zakłada i znika w szarym tłumie iluzji. i nic nie możesz zrobić, bo każdy musi sam dotrzeć do siebie.
e.
patrzę jak ludzie walczą. i nie jest to walka o siebie. tylko o to, żeby stworzyć iluzję silnych.
boją się słabości, porażki, wtopy, samotności, niespełnienia, smutku.
i udowadniają Ci, że wszystko jest zajebiście, że biorą życie za bary, że przetrwają wszystko. jednak pod tą grubą skorupą kokosa kryje się esencja istnienia. kryje się prawda, która i tak prędzej czy później zostanie brutalnie wypruta i będzie trzeba się z nią zmierzyć. bez udawania, drwienia, sarkazmu i innych mechanizmów samoobrony.
tak bardzo boimy się samych siebie, że nie potrafimy siebie zaakceptować z całym inwentarzem wad, dziwności i słabości, więc tworzymy maskę, która podoba się innym ludziom. to strasznie wygodne musi być ...i męczące.
coraz więcej tych masek. zdarza się, że osoba, którą bardzo cenisz i szanujesz okazyjnie taką zakłada i znika w szarym tłumie iluzji. i nic nie możesz zrobić, bo każdy musi sam dotrzeć do siebie.
e.
niedziela, 12 maja 2013
spustoszczyciel przyjemności
tak to jest z tym całym prawem przyciągania, że trzeba być niezwykle dokładnym.
w przeciwnym razie, życzenie "przystojnego faceta w moim łóżku" kończy się tak, że pijecie tam razem herbatę w towarzystwie jego dziewczyny.
ale ciągle się liczy?
a.
w przeciwnym razie, życzenie "przystojnego faceta w moim łóżku" kończy się tak, że pijecie tam razem herbatę w towarzystwie jego dziewczyny.
ale ciągle się liczy?
a.
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
polisemia osobowości
skrajności, kontrasty, przeciwności, które z założenia powinny się wykluczać, łączą się i tworzą całość. mnie. jestem wdzięczna za to. być może, gdyby nie toczyła się walka sił sprzecznych, co są mętami w mojej podświadomości i duszy, to
nie miałabym wątpliwości,
nie interesowałoby mnie nic poza pracą i domem,
i nie czułabym w sobie tyle co teraz.
e.
nie miałabym wątpliwości,
nie interesowałoby mnie nic poza pracą i domem,
i nie czułabym w sobie tyle co teraz.
e.
wtorek, 16 kwietnia 2013
i jebnęło
zamiast kawy piję melisę, bo boję się, że energia wystrzeli mnie w kosmos. czuję się jak anemiczny Hulk, co ciśnie przez świat i nic nie jest w stanie go zatrzymać. jakby ktoś dał mi zastrzyk adrenaliny, która nie chce się za cholerę skończyć.
miażdżąca siła tętni we mnie i rozwala od środka i buduje moc, tak dużą, że mogłabym wyrywać drzewa z korzeniami i przenosić góry.
i moje życie ruszyło ze zrywem. byle teraz w nic z tego rozpędu nie przypierdolić.
e.
miażdżąca siła tętni we mnie i rozwala od środka i buduje moc, tak dużą, że mogłabym wyrywać drzewa z korzeniami i przenosić góry.
i moje życie ruszyło ze zrywem. byle teraz w nic z tego rozpędu nie przypierdolić.
e.
niedziela, 7 kwietnia 2013
koniec i początek
czasami zabijają mnie przekonania wpajane skwapliwie od dziecka, że coś jest jakie jest, bo "tak musi być". i kropka. łapię na tym, że moje przekonania ograniczają moje możliwości.
to trochę jak spacer po lesie. idziesz wyznaczoną ścieżką, która na pewno gdzieś prowadzi. jednak nie możesz iść dalej, bo konar drzewa zablokował przejście. i mówią Ci "nie idź dalej, bo tam za konarem pewnie jest niebezpiecznie", wpajają, że "po co ryzykować" i człowiek utwierdza się w przekonaniu, że skoro tak, to wystarczy jeden poznany już odcinek ścieżki i zazwyczaj tkwi w nim całe życie.
do tego dochodzi strach, który sami sobie stwarzamy w swoim umyśle, żeby nie dopuścić do ryzyka. ktoś kiedyś powiedział, że lęk zawsze towarzyszy człowiekowi, gdy chce coś zmienić, więc to dobrze, trzeba go zaakceptować i iść dalej. nie wolno stać w miejscu. bezpieczeństwo to tylko ułuda. przekonanie. iluzja. to najlepszy sposób na powolne umieranie.
im częściej zauważam w sobie mechanizm działania przekonań, tym bardziej mój bezpieczny świat się wali w gruzy. jak w Incepcji. na szczęście są jeszcze inne wymiary życia. zawsze można się obudzić. trzeba tylko chcieć.
e.
to trochę jak spacer po lesie. idziesz wyznaczoną ścieżką, która na pewno gdzieś prowadzi. jednak nie możesz iść dalej, bo konar drzewa zablokował przejście. i mówią Ci "nie idź dalej, bo tam za konarem pewnie jest niebezpiecznie", wpajają, że "po co ryzykować" i człowiek utwierdza się w przekonaniu, że skoro tak, to wystarczy jeden poznany już odcinek ścieżki i zazwyczaj tkwi w nim całe życie.
do tego dochodzi strach, który sami sobie stwarzamy w swoim umyśle, żeby nie dopuścić do ryzyka. ktoś kiedyś powiedział, że lęk zawsze towarzyszy człowiekowi, gdy chce coś zmienić, więc to dobrze, trzeba go zaakceptować i iść dalej. nie wolno stać w miejscu. bezpieczeństwo to tylko ułuda. przekonanie. iluzja. to najlepszy sposób na powolne umieranie.
im częściej zauważam w sobie mechanizm działania przekonań, tym bardziej mój bezpieczny świat się wali w gruzy. jak w Incepcji. na szczęście są jeszcze inne wymiary życia. zawsze można się obudzić. trzeba tylko chcieć.
e.
niedziela, 31 marca 2013
wielkanoc i jak zaprosiłam sąsiadów na wesele
małe miejscowości mają to do siebie, że pewne wydarzenia są tu bardziej zauważalne.
i tak na przykład, kiedy zniknął pijak Marian, najpierw tata zauważył, że jakoś teraz tego mariana nie ma widać. potem zauważyła to mama, a po jakimś czasie inni, włączając w to księdza, który z ambony ogłosił jego zniknięcie.
mama bardzo się przeraziła, że marian pewnie leży gdzieś zamarznięty pod śniegiem, ale najbardziej ją przeraziło, że to ona mogłaby go pod nim znaleźć. i tak czekaliśmy na wiosnę, żeby odsłoniła rąbka tajemnicy, jak podejrzewacie- na daremnie.
tymczasem, w wielkanocny poranek, mama odchylała rano rolety i kogo zobaczyła?
tak, zmartwychwstałego.
po wielodniowym okresie postu i medytacji, marian zmartwychwstał prawdziwie i naocznie na drodze do sklepu.
mama bardzo się cieszy, a najbardziej, że tym razem ona nie znajdzie go pod śniegiem i powiedziała, że teraz to może być wiosna.
a w przed dzień tego wielkiego cudu, zgodnie z tradycją udałam się do sąsiada na libację. wróciwszy zastałam w domu jego rodziców, libujących z moimi rodzicami. pani marysia ośmielona whisky przyznała się mi do jednego z największych zawodów w jej życiu, a mianowicie, że widzi, że u mnie nie zanosi się na ślub a ona właśnie chciałaby pójść do mnie na wesele. i tak liczyła, że ją zaproszę.
- ależ nie ma problemu, zapraszam Panią z mężem na wesele!- nie mogę tylko ustalić terminu ani mojej osoby towarzyszącej, szczegóły podam później, być może, ale proszę czuć się zaproszoną!
I tylko nie wiem, dlaczego tata pytał się rano, czy ja pamiętam, co też wczoraj wygadywałam.
a.
i tak na przykład, kiedy zniknął pijak Marian, najpierw tata zauważył, że jakoś teraz tego mariana nie ma widać. potem zauważyła to mama, a po jakimś czasie inni, włączając w to księdza, który z ambony ogłosił jego zniknięcie.
mama bardzo się przeraziła, że marian pewnie leży gdzieś zamarznięty pod śniegiem, ale najbardziej ją przeraziło, że to ona mogłaby go pod nim znaleźć. i tak czekaliśmy na wiosnę, żeby odsłoniła rąbka tajemnicy, jak podejrzewacie- na daremnie.
tymczasem, w wielkanocny poranek, mama odchylała rano rolety i kogo zobaczyła?
tak, zmartwychwstałego.
po wielodniowym okresie postu i medytacji, marian zmartwychwstał prawdziwie i naocznie na drodze do sklepu.
mama bardzo się cieszy, a najbardziej, że tym razem ona nie znajdzie go pod śniegiem i powiedziała, że teraz to może być wiosna.
a w przed dzień tego wielkiego cudu, zgodnie z tradycją udałam się do sąsiada na libację. wróciwszy zastałam w domu jego rodziców, libujących z moimi rodzicami. pani marysia ośmielona whisky przyznała się mi do jednego z największych zawodów w jej życiu, a mianowicie, że widzi, że u mnie nie zanosi się na ślub a ona właśnie chciałaby pójść do mnie na wesele. i tak liczyła, że ją zaproszę.
- ależ nie ma problemu, zapraszam Panią z mężem na wesele!- nie mogę tylko ustalić terminu ani mojej osoby towarzyszącej, szczegóły podam później, być może, ale proszę czuć się zaproszoną!
I tylko nie wiem, dlaczego tata pytał się rano, czy ja pamiętam, co też wczoraj wygadywałam.
a.
czwartek, 28 marca 2013
dziękuję
musiałam im w końcu uwierzyć.
chociaż od początku coś mi nie grało. byłam podejrzliwa, kiedy zaczęli mówić:
- bardzo dobrze pani robi, proszę tak robić.
a ja uparcie:
- nie, nieprawda, robię źle. mi się nigdy nie podoba, jak robię. zawsze mogłabym lepiej zrobić, co jest dobrze.
a oni się kłócą, ze mną, mówią że dobrze i koniec. nie mogłam im wyjaśnić, że źle. uparli się.
nie tak to sobie wymyśliłam. mieli mnie atakować, że źle źle- wszystko już sobie wcześniej poustalałam, co im odpowiem, jak się przyznam do zła wszelkiego. dużo wymyśliłam sama, liczyłam na więcej z ich strony.
nic z tego. cała moja wizja siebie została obalona.
rano przypomniałam sobie wczorajsze rozczarowanie, że jednak nie jestem jaka myślałam że jestem, że się ten cały misterny obraz rozmył. że się poddałam i zaczynałam im wierzyć w tą moją wartość.
wstałam i pracowałam, wieczorem wróciłam do mieszkania z ciężką torbą. dwie czekolady, kawa, 20 zł wepchnięte w czekoladę, banan, drewniany zając, wysypywały się tego jednego dnia.
wszystko od nich, innych nich, sami dali, żeby podziękować. tyle. stwierdziłam, że byłam głupia w tym swoim upartym myśleniu i może trochę przestanę z samodojebywaniem. to byłoby nierozsądne, przynajmniej póki jestem w mniejszości.
a.
chociaż od początku coś mi nie grało. byłam podejrzliwa, kiedy zaczęli mówić:
- bardzo dobrze pani robi, proszę tak robić.
a ja uparcie:
- nie, nieprawda, robię źle. mi się nigdy nie podoba, jak robię. zawsze mogłabym lepiej zrobić, co jest dobrze.
a oni się kłócą, ze mną, mówią że dobrze i koniec. nie mogłam im wyjaśnić, że źle. uparli się.
nie tak to sobie wymyśliłam. mieli mnie atakować, że źle źle- wszystko już sobie wcześniej poustalałam, co im odpowiem, jak się przyznam do zła wszelkiego. dużo wymyśliłam sama, liczyłam na więcej z ich strony.
nic z tego. cała moja wizja siebie została obalona.
rano przypomniałam sobie wczorajsze rozczarowanie, że jednak nie jestem jaka myślałam że jestem, że się ten cały misterny obraz rozmył. że się poddałam i zaczynałam im wierzyć w tą moją wartość.
wstałam i pracowałam, wieczorem wróciłam do mieszkania z ciężką torbą. dwie czekolady, kawa, 20 zł wepchnięte w czekoladę, banan, drewniany zając, wysypywały się tego jednego dnia.
wszystko od nich, innych nich, sami dali, żeby podziękować. tyle. stwierdziłam, że byłam głupia w tym swoim upartym myśleniu i może trochę przestanę z samodojebywaniem. to byłoby nierozsądne, przynajmniej póki jestem w mniejszości.
a.
środa, 27 marca 2013
grawitacja, Avatar i kosmiczna kupa
na discovery science pani profesor od kosmosu tłumaczy, że gdyby grawitacja ziemska była mniejsza, to ludzi trochę by rozciągło wzdłuż. mogliby być tacy wysocy i szczupli jak w Avatarze. to dopiero!
i wyobrażam sobie jak idę jak taka Godzilla przez miasto i widzę wszystko z perspektywy wielkoluda. drzewa byłyby jak brokułki a budynki jak betonowe klocki. nawet największy dąb o niewdzięcznym imieniu Bartek byłby tylko rozłożystym pękatym brokułem.
zapewne jednak nie tylko ludzi by rozciągło, ale też inne żyjątka, więc np. jamniki mógłby w końcu zrobić kupę bez obawy, że się nie odczepi od dupy, a żyrafkom urosłyby tak długie szyje, że głowę musiałyby ciągnąć za sobą. podobnie strusie, lamy i alpaki.
samochody pewnie nie byłyby potrzebne, bo jak się ma tak długie giczoły, to można przemierzać świat susami, rozbiegasz się i już! Afryka. Paryż. Peru. Antarktyda. Kosmos ;)
może kosmici tak wyglądają, że są rozciągnięci, a może grawitacja ich miażdży i są jak takie bombelki z oczkami i paszczą Predatora. i jak widzą takiego człowieka to myślą sobie, że my to tacy dziwni jesteśmy - elastyczni, a jednocześnie skostniali.
to niesamowite, że ta nasza grawitacja jest taka - w sam raz - że życie tak ładnie się przeplata i zapętla - człowiek - rośliny - zwierzęta - natura. wszystko się trzyma kupy. kosmicznej kupy.
e.
i wyobrażam sobie jak idę jak taka Godzilla przez miasto i widzę wszystko z perspektywy wielkoluda. drzewa byłyby jak brokułki a budynki jak betonowe klocki. nawet największy dąb o niewdzięcznym imieniu Bartek byłby tylko rozłożystym pękatym brokułem.
zapewne jednak nie tylko ludzi by rozciągło, ale też inne żyjątka, więc np. jamniki mógłby w końcu zrobić kupę bez obawy, że się nie odczepi od dupy, a żyrafkom urosłyby tak długie szyje, że głowę musiałyby ciągnąć za sobą. podobnie strusie, lamy i alpaki.
samochody pewnie nie byłyby potrzebne, bo jak się ma tak długie giczoły, to można przemierzać świat susami, rozbiegasz się i już! Afryka. Paryż. Peru. Antarktyda. Kosmos ;)
może kosmici tak wyglądają, że są rozciągnięci, a może grawitacja ich miażdży i są jak takie bombelki z oczkami i paszczą Predatora. i jak widzą takiego człowieka to myślą sobie, że my to tacy dziwni jesteśmy - elastyczni, a jednocześnie skostniali.
to niesamowite, że ta nasza grawitacja jest taka - w sam raz - że życie tak ładnie się przeplata i zapętla - człowiek - rośliny - zwierzęta - natura. wszystko się trzyma kupy. kosmicznej kupy.
e.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
