niedziela, 7 kwietnia 2013

koniec i początek

czasami zabijają mnie przekonania wpajane skwapliwie od dziecka, że coś jest jakie jest, bo "tak musi być". i kropka. łapię na tym, że moje przekonania ograniczają moje możliwości.

to trochę jak spacer po lesie. idziesz wyznaczoną ścieżką, która na pewno gdzieś prowadzi. jednak nie możesz iść dalej, bo konar drzewa zablokował przejście. i mówią Ci "nie idź dalej, bo tam za konarem pewnie jest niebezpiecznie", wpajają, że "po co ryzykować" i człowiek utwierdza się w przekonaniu, że skoro tak, to wystarczy jeden poznany już odcinek ścieżki i zazwyczaj tkwi w nim całe życie.

do tego dochodzi strach, który sami sobie stwarzamy w swoim umyśle, żeby nie dopuścić do ryzyka. ktoś kiedyś powiedział, że lęk zawsze towarzyszy człowiekowi, gdy chce coś zmienić, więc to dobrze, trzeba go zaakceptować i iść dalej. nie wolno stać w miejscu. bezpieczeństwo to tylko ułuda. przekonanie. iluzja. to najlepszy sposób na powolne umieranie.

im częściej zauważam w sobie mechanizm działania przekonań, tym bardziej mój bezpieczny świat się wali w gruzy. jak w Incepcji. na szczęście są jeszcze inne wymiary życia. zawsze można się obudzić. trzeba tylko chcieć.
e.



niedziela, 31 marca 2013

wielkanoc i jak zaprosiłam sąsiadów na wesele

małe miejscowości mają to do siebie, że pewne wydarzenia są tu bardziej zauważalne.
i tak na przykład, kiedy zniknął pijak Marian, najpierw tata zauważył, że jakoś teraz tego mariana nie ma widać. potem zauważyła to mama, a po jakimś czasie inni, włączając w to księdza, który z ambony ogłosił jego zniknięcie.
mama bardzo się przeraziła, że marian pewnie leży gdzieś zamarznięty pod śniegiem, ale najbardziej ją przeraziło, że to ona mogłaby go pod nim znaleźć. i tak czekaliśmy na wiosnę, żeby odsłoniła rąbka tajemnicy, jak podejrzewacie- na daremnie.
tymczasem, w wielkanocny poranek, mama odchylała rano rolety i kogo zobaczyła?
tak, zmartwychwstałego.
po wielodniowym okresie postu i medytacji, marian zmartwychwstał prawdziwie i naocznie na drodze do sklepu.
mama bardzo się cieszy, a najbardziej, że tym razem ona nie znajdzie go pod śniegiem i powiedziała, że teraz to może być wiosna.

a w przed dzień tego wielkiego cudu, zgodnie z tradycją udałam się do sąsiada na libację. wróciwszy zastałam w domu jego rodziców, libujących z moimi rodzicami. pani marysia ośmielona whisky przyznała się mi do jednego z największych zawodów w jej życiu, a mianowicie, że widzi, że u mnie nie zanosi się na ślub a ona właśnie chciałaby pójść do mnie na wesele. i tak liczyła, że ją zaproszę.
- ależ nie ma problemu, zapraszam Panią z mężem na wesele!- nie mogę tylko ustalić terminu ani mojej osoby towarzyszącej, szczegóły podam później, być może, ale proszę czuć się zaproszoną!

I tylko nie wiem, dlaczego tata pytał się rano, czy ja pamiętam, co też wczoraj wygadywałam.
a.

czwartek, 28 marca 2013

dziękuję

musiałam im w końcu uwierzyć.
chociaż od początku coś mi nie grało. byłam podejrzliwa, kiedy zaczęli mówić:
- bardzo dobrze pani robi, proszę tak robić.
a ja uparcie:
- nie, nieprawda, robię źle. mi się nigdy nie podoba, jak robię. zawsze mogłabym lepiej zrobić, co jest dobrze.
a oni się kłócą, ze mną, mówią że dobrze i koniec. nie mogłam im wyjaśnić, że źle. uparli się.
nie tak to sobie wymyśliłam. mieli mnie atakować, że źle źle- wszystko już sobie wcześniej poustalałam, co im odpowiem, jak się przyznam do zła wszelkiego. dużo wymyśliłam sama, liczyłam na więcej z ich strony.
nic z tego. cała moja wizja siebie została obalona.

rano przypomniałam sobie wczorajsze rozczarowanie, że jednak nie jestem jaka myślałam że jestem, że się ten cały misterny obraz rozmył. że się poddałam i zaczynałam im wierzyć w tą moją wartość.
wstałam i pracowałam, wieczorem wróciłam do mieszkania z ciężką torbą. dwie czekolady, kawa, 20 zł wepchnięte w czekoladę, banan, drewniany zając, wysypywały się tego jednego dnia.

wszystko od nich, innych nich, sami dali, żeby podziękować. tyle. stwierdziłam, że byłam głupia w tym swoim upartym myśleniu i może trochę przestanę z samodojebywaniem. to byłoby nierozsądne, przynajmniej póki jestem w mniejszości.

a.





środa, 27 marca 2013

grawitacja, Avatar i kosmiczna kupa

na discovery science pani profesor od kosmosu tłumaczy, że gdyby grawitacja ziemska była mniejsza, to ludzi trochę by rozciągło wzdłuż. mogliby być tacy wysocy i szczupli jak w Avatarze. to dopiero!

i wyobrażam sobie jak idę jak taka Godzilla przez miasto i widzę wszystko z perspektywy wielkoluda. drzewa byłyby jak brokułki a budynki jak betonowe klocki. nawet największy dąb o niewdzięcznym imieniu Bartek byłby tylko rozłożystym pękatym brokułem.

zapewne jednak nie tylko ludzi by rozciągło, ale też inne żyjątka, więc np. jamniki mógłby w końcu zrobić kupę bez obawy, że się nie odczepi od dupy, a żyrafkom urosłyby tak długie szyje, że głowę musiałyby ciągnąć za sobą. podobnie strusie, lamy i alpaki.

samochody pewnie nie byłyby potrzebne, bo jak się ma tak długie giczoły, to można przemierzać świat susami, rozbiegasz się i już! Afryka. Paryż. Peru. Antarktyda. Kosmos ;)

może kosmici tak wyglądają, że są rozciągnięci, a może grawitacja ich miażdży i są jak takie bombelki z oczkami i paszczą Predatora. i jak widzą takiego człowieka to myślą sobie, że my to tacy dziwni jesteśmy - elastyczni, a jednocześnie skostniali.

to niesamowite, że ta nasza grawitacja jest taka - w sam raz - że życie tak ładnie się przeplata i zapętla - człowiek - rośliny - zwierzęta - natura. wszystko się trzyma kupy. kosmicznej kupy.
e.


poniedziałek, 25 marca 2013

prawdziwe życie


Od wczoraj nie jestem pewna, czy żyję naprawdę.
Włączyłam telewizor i akurat zaczynał się program. Tytuł „ Prawdziwe życie”. Po eleganckiej czołówce, na ekranie ukazała się szlochająca kobieta. W średnim wieku, swetrze, zaniedbana. Tak płakała, że nie bardzo było można zrozumieć, co ją spotkało, ale zdawało się, że z pewnością coś prawdziwie okrutnego. W każdym bądź razie- cierpiała, co dało Telewizji Polskiej impuls do przedstawienia jej jako kobiety „żyjącej prawdziwie”. Mój egocentryzm od razu zapalił mi lampkę w głowie: a ty, czy żyjesz naprawdę?
No i chyba nie.
Porównując się z bohaterką popołudniowej ramówki, wypadam blado. Wysypiam się i mam małe since pod oczami. Nie zostałam skrzywdzona przez system, ani przez męża. Moje dzieci nie piją alkoholu, a sąsiad nie szczuje mnie swoim psem. Generalnie cieszę się życiem i jestem z niego zadowolona. Nie uważam, żeby ktoś mnie w jakikolwiek sposób wykorzystywał, nie chcę nawet pozwać nikogo do sądu. Straszne nudy!
Coś poszło nie tak- pomyślałam. Robiłam wszystko, jak kazali w szkole. Udało mi się dożyć dorosłości. Zaczęłam nawet pracować, a ciągle „ życie mi jeszcze nie pokazało”, „ życie mnie jeszcze nie nauczyło”. Jeździłam autostopem, wpuszczałam do domu nieznajomych i chodziłam sama nocą po mieście. Aby podwyższyć stopień szalonego niebezpieczeństwa w moim życiu, nie stosowałam Calgonu do prania ani nie piłam Actimela. Nic! Nadal nie jestem godna bycia „normalnym człowiekiem”. Może, gdyby mnie ktoś napadł, w końcu mogłabym zainteresować sobą media i poczuć się pełnowartościowa.
Póki co, ktoś taki jak ja, nigdy nie zostanie gwiazdą telewizji. Nie wezmą mnie ani do „Ukrytej Prawdy”, ani do „Trudnych spraw”. Jeśli umrę, nie usłyszycie o tym w wiadomościach.
Ale czy ja w ogóle umrę, skoro „nie żyję naprawdę”?

a.  

czwartek, 14 marca 2013

plazmofilia

przedwczoraj wpadł mi w ręce artykuł, o tym, że ludzie wraz z rozwojem cywilizacji są coraz głupsi. że więcej wiemy o awanturach politycznych niż o tym, gdzie znajduje się jaki kraj, nie znamy podstaw fizyki, chemii i ponoć mało nas to obchodzi. ważny jest za to "instynkt stadny".

no i tak myślę, że to niemożliwe, żeby było aż tak źle.

tymczasem do domu wpada zziajana matka z siatami pełnymi wszystkiego, co mogła unieść i obwieszcza, że na naszym osiedlu otworzyli wyremontowaną Biedronkę.
no i legenda ogólnie się wsnuła z całego tego szaszoru na kształt lokalnej sensacji. dzień przed wielkim otwarciem, w eter poszła informacja, że co dziesiąta osoba, która zrobi zakupy w markecie dostanie w prezencie plazmowy telewizor. 

już przed 7.00 rano przed marketem stał tłum ludzi nabitych w butelkę. ni mróz , ni reumatyzm, ni brak śniadanka nie skłonił absztyfikantów plazmy do rezygnacji z tego jakże emocjonującego wydarzenia.

Bacznie przyglądali się temu zjawisku biedronkowi celebryci, którzy z braku innych zajęć spotykają się na ploty, piją piweczko, palą szlugi i ćwiczą łacinę wyciskając z siebie nawzajem kasę na kolejne osiedlowe melanże. w chwili natchnienia podarowali ludziom trochę szczęścia i metodą marketingu szeptanego zapodali bajer o plazmowej promocji w Biedronce. pospolite ruszenie, osiedlowy zryw, plazmowy szał - tak można nazwać to, co się potem wydarzyło.

efekt - konsternacja, rozczarowanie, łzy w oczach, zatracony sens istnienia, depresja, wkurw. ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - plazmowcy dostali żółty balonik z ryjem biedronki w prezencie.
e.




 


wtorek, 5 marca 2013

wiosna idzie

słońce wyszło zza chmur. przeklinana szarość została pochłonięta przez radosny błękit. rzygam tęczą. przyroda budzi się do życia, a obok mnie przebiegają smutki, że czasem tylko siedzę i tempo patrzę w ścianę jak robot co mu bateryjki siadły.

że z dnia na dzień można stracić wszystko. że śmierć czasem odbiera nam tych, którzy mieli przecież żyć wiecznie. i trawi duszę lawa, co wypala, że słów już nie ma i uczuć. tylko echo wspomnień jak pijane czasem łzy wyciska. zastygam sama w sobie. 

i w głuchym tym świecie osłupienia przedzieram się do codzienności. i mówią mi, że wiosna idzie.
e.