jak tak piszesz o nowoczesnym postrzeganiu sztuki to przypomina mi się kilka ciekawych wystaw studentów ASP. były one inspirujące, czasem frapujące, a zdarzało się, że przerażające.
pamiętam wernisaż, podczas którego z wielką uwagą przyglądałam się cudacznym eksponatom, które istniały, ale nie przypominały niczego z tej planety. niestety okazało się, że wystawione przedmioty były bardziej przyziemne niż wyglądały.
na jednym ze stolików znajdowały się dziwnokształtne fiflaki w kolorze skóry, które miały przyczepiony meszek. kuratorka wystawy widząc moje zainteresowanie meszkiem, zapytała, czy wiem co to jest. odpowiedziałam, że fajny meszek nadal go głaszcząc.
- to są włosy łonowe przyczepione do różnych form utworzonych z gliny.
zamarłam. wizja meszku została brutalnie zmiażdżona przez uprzejmą Panią. byłam wstrząśnięta. nowoczesna sztuka wywołała we mnie emocje. ogromne. najgorsze, że w okolicach galerii nie było miejsca, gdzie mogłabym zmyć z rąk wrażenia po głaskaniu meszku...
Niestety nie znalazłam zdjęć z wystawy. Może to dobrze.
e.
środa, 21 marca 2012
poniedziałek, 19 marca 2012
galeria
Miałam Ci ja okazję niedawno zwiedzić trójmiejskie galerie sztuki. Najgorzej że nowoczesnej.
Kiedy powiedzieli mi, że idziemy jutro z dziećmi na wycieczkę do galerii, myślałam o bałtyckiej.
A tu- wsiadamy w tramwaj i ciśniemy w kierunku kultury. Zasmuciłam się Ci ja nad losem nie tyle swoim (chociaż też), a tych biednych dzieci.
Te dzieci bowiem nie znają sztuki, nie czytają książek i w związku z tym, po naszym spacerze słowo "sztuka" zwiąże się na zawsze w ich głowach z tym, co zobaczymy.
A widzieliśmy: słup graniczny ze szklaną płytą, drąg drewniany zawieszony na ścianie, wydrążone drzewo położone poziomo oraz klocki z kolorowymi naklejkami. A także wizualizacje- muzyczkę i i mieniący się napis Gott mit uns.
To wszystko jest współczesną sztuką, aby zrobić te arcydzieła należy studiować na akademii 5 lat, dostawać rządowe stypendium i dofinansowanie. Jak się wydaje, eksponaty te należy otoczyć opieką równie wykształconych pracowników galerii, oraz dać im dużo ocieplanej, nieużywanej przestrzeni w centrum Gdańska. Najpotrzebniejsze jednak jest robienie wernisaży, gdzie dziwnie ubrani artyści mogą poudawać, że się wzajemnie interesują sobą i swoją twórczością, a w międzyczasie zeżreć torty i owoce oraz napić się kawy i wina za pieniądze z podatków.
Na zdrowie!
Przypomniało mi się, jak dobre kilka lat temu chodziłam na podobne wernisaże do Refektarza w Kartuzach. W celu zrobienia artykułu do gazetki.
Było to o tyle zabawne, że swojskie, lokalne ryje dodawały wydarzeniu dodatkowej patetyczności, także olbrzymia egzaltacja już nie mogła utrzymać się na chudych nóżkach absurdu. Musiała się przewrócić.
Śmialiśmy się, piliśmy wino i jedliśmy ciastka, słuchaliśmy przemów. Śmialiśmy się, chodziliśmy wokół dzieł i śmialiśmy z ludzi, którzy udawali, że obserwują ze skupieniem dzieła, a tak naprawdę myśleli o jutrzejszym obiedzie i patrzeli się ukradkiem na innych- czy jeszcze trzeba chodzić, czy już można stanąć i wziąć kolejne wino i ciastko. Potem robiliśmy zdjęcia, a jak nie było komu, to sobie nawzajem w zapatrzonych pozach. Co się potem wstawiało pod artykułem i dopisywało: wystawa cieszyła się olbrzymim zainteresowaniem.
Lata mijają, a mnie się ciągle zdaje, że tym większym jest się artystą im dziwniejszy image siebie się kreuje.
A dzieła?
Weź co znajdziesz w koszu na śmieci i dopisz symboliczną interpretację. Zjaraj się to będzie głębsza.
Im bardziej bez sensu i nielogiczna tym lepiej.
Bo jesteśmy nowocześni, nie ważne są dla nas wzorce czy warsztat.
Liczy się NIE forma a treść.
Co widać najlepiej we współczesnych mediach...
Tak jakby brak formy automatycznie powodował wzrost treści.
A ja- staromodnie- wolę ręcznie zrobione, ładne puste pudełko, niż wyjęte z niego, okrzesane przez dyplomowanego plastyka, powietrze z dorobioną ideologią.
a.
Kiedy powiedzieli mi, że idziemy jutro z dziećmi na wycieczkę do galerii, myślałam o bałtyckiej.
A tu- wsiadamy w tramwaj i ciśniemy w kierunku kultury. Zasmuciłam się Ci ja nad losem nie tyle swoim (chociaż też), a tych biednych dzieci.
Te dzieci bowiem nie znają sztuki, nie czytają książek i w związku z tym, po naszym spacerze słowo "sztuka" zwiąże się na zawsze w ich głowach z tym, co zobaczymy.
A widzieliśmy: słup graniczny ze szklaną płytą, drąg drewniany zawieszony na ścianie, wydrążone drzewo położone poziomo oraz klocki z kolorowymi naklejkami. A także wizualizacje- muzyczkę i i mieniący się napis Gott mit uns.
To wszystko jest współczesną sztuką, aby zrobić te arcydzieła należy studiować na akademii 5 lat, dostawać rządowe stypendium i dofinansowanie. Jak się wydaje, eksponaty te należy otoczyć opieką równie wykształconych pracowników galerii, oraz dać im dużo ocieplanej, nieużywanej przestrzeni w centrum Gdańska. Najpotrzebniejsze jednak jest robienie wernisaży, gdzie dziwnie ubrani artyści mogą poudawać, że się wzajemnie interesują sobą i swoją twórczością, a w międzyczasie zeżreć torty i owoce oraz napić się kawy i wina za pieniądze z podatków.
Na zdrowie!
Przypomniało mi się, jak dobre kilka lat temu chodziłam na podobne wernisaże do Refektarza w Kartuzach. W celu zrobienia artykułu do gazetki.
Było to o tyle zabawne, że swojskie, lokalne ryje dodawały wydarzeniu dodatkowej patetyczności, także olbrzymia egzaltacja już nie mogła utrzymać się na chudych nóżkach absurdu. Musiała się przewrócić.
Śmialiśmy się, piliśmy wino i jedliśmy ciastka, słuchaliśmy przemów. Śmialiśmy się, chodziliśmy wokół dzieł i śmialiśmy z ludzi, którzy udawali, że obserwują ze skupieniem dzieła, a tak naprawdę myśleli o jutrzejszym obiedzie i patrzeli się ukradkiem na innych- czy jeszcze trzeba chodzić, czy już można stanąć i wziąć kolejne wino i ciastko. Potem robiliśmy zdjęcia, a jak nie było komu, to sobie nawzajem w zapatrzonych pozach. Co się potem wstawiało pod artykułem i dopisywało: wystawa cieszyła się olbrzymim zainteresowaniem.
Lata mijają, a mnie się ciągle zdaje, że tym większym jest się artystą im dziwniejszy image siebie się kreuje.
A dzieła?
Weź co znajdziesz w koszu na śmieci i dopisz symboliczną interpretację. Zjaraj się to będzie głębsza.
Im bardziej bez sensu i nielogiczna tym lepiej.
Bo jesteśmy nowocześni, nie ważne są dla nas wzorce czy warsztat.
Liczy się NIE forma a treść.
Co widać najlepiej we współczesnych mediach...
Tak jakby brak formy automatycznie powodował wzrost treści.
A ja- staromodnie- wolę ręcznie zrobione, ładne puste pudełko, niż wyjęte z niego, okrzesane przez dyplomowanego plastyka, powietrze z dorobioną ideologią.
a.
niedziela, 18 marca 2012
system
Ja tam się nie dałam wyrzucić z systemu.
Już jakiś czas temu sama wyszłam, trzaskając drzwiami.
I teraz proszę rozsądnych, normalnych, konsekwentnych, poważnych, dorosłych ludzi, telewizję, polityków, sklepy
i mcdonaldsa tylko o jedno: get out of my system !
a.
Już jakiś czas temu sama wyszłam, trzaskając drzwiami.
I teraz proszę rozsądnych, normalnych, konsekwentnych, poważnych, dorosłych ludzi, telewizję, polityków, sklepy
i mcdonaldsa tylko o jedno: get out of my system !
Now there's a lot of talk but I'm not listening
I'm hoping there's a point that we're all missing
And all I really know
Is one day we all got to go
But before it's all over and done
I'm about to have me some fun yeah!
inaczej
już wiem, że życie można zmienić w jeden dzień. nie trzeba być bohaterem ani cudotwórcą. czasami wystarczy jedna decyzja. odblokowujesz się na nowe wszechświaty i dzięki temu życie nabiera nowego wymiaru, dostajesz jeszcze więcej mocy, energii, chęci poznawania wszystkiego co nas otacza i podziwiania tego. To jednocześnie siła i spokój, które wypełniają Ciebie i przestajesz się bać.
brzmi jak dobra faza po trawce, wiem, ale to tylko kwestia odpowiedniego nastawienia i świadomego wybrnięcia z życiowych blokad i schematów. Witek Gombrowicz pisał o lawirowaniu między społecznymi formami, pomiędzy szufladkowaniem, zabijaniem niby wolnej woli. Na blogu też chyba już kiedyś o tym wspominałam.
teraz tak żyjemy poupychani przez innych do ich kategorii, z plakietkami przyklejonymi na ryje - dziwny, hałaśliwy, śmieszny, głupi... skanują nas jak dane na kompie. Jeśli ktoś nie pasuje do systemu to jest usuwany z niego, jak wirus, albo strzelają mu psychicznego reseta.
A wszystko co ważne i piękne w życiu ucieka, kiedy chcemy być w systemie, żeby czuć się bezpiecznie i nie zakłócać sobie pozornego spokoju. ja już wiem, że chcę, żeby było... inaczej :)
e.
ps. sorki, że napisałam szybciej od Ciebie a., no ale... cóż :) :P
brzmi jak dobra faza po trawce, wiem, ale to tylko kwestia odpowiedniego nastawienia i świadomego wybrnięcia z życiowych blokad i schematów. Witek Gombrowicz pisał o lawirowaniu między społecznymi formami, pomiędzy szufladkowaniem, zabijaniem niby wolnej woli. Na blogu też chyba już kiedyś o tym wspominałam.
teraz tak żyjemy poupychani przez innych do ich kategorii, z plakietkami przyklejonymi na ryje - dziwny, hałaśliwy, śmieszny, głupi... skanują nas jak dane na kompie. Jeśli ktoś nie pasuje do systemu to jest usuwany z niego, jak wirus, albo strzelają mu psychicznego reseta.
A wszystko co ważne i piękne w życiu ucieka, kiedy chcemy być w systemie, żeby czuć się bezpiecznie i nie zakłócać sobie pozornego spokoju. ja już wiem, że chcę, żeby było... inaczej :)
e.
ps. sorki, że napisałam szybciej od Ciebie a., no ale... cóż :) :P
czwartek, 15 marca 2012
wszechmoc muzyki
muzyka - moja największa miłość. dobry beat jest w stanie wyrwać mnie ze szponów zmęczenia, ambientowy flow koi skołatane nerwy, folk rozwesela, a mocne heavy metalowe jebnięcie daje powera do życia.
muzyka jest jest jak powietrze, wszędzie Cię otacza, wchłaniasz ją i stajesz się nią. to nieogarnięty kosmos dźwięków, podróż między różnymi światami emocji. kocham poznawać te planety. muzyka to jest moc. moc wszechstworów.
poniedziałek, 12 marca 2012
bicze
Poniedziałek.
Rany po weekendzie już się zabliźniły. Strupy maleją, siniaki blakną, patrzę na życie z optymizmem.
Mogłabym pisać o różnych rzeczach, bo ciekawy miałam weekend. Chciałabym jednak poświęcić uwagę zjawisku, na który świat nie zwraca uwagi w sensie negatywnym, a ja za to tak.
Bicze. Suki. Bezwzględne kobiety interesu, wiecznie nieszczęśliwe i niedowartościowane. Z fałszywym uśmiechem, takie co obgadują w pracy każdą koleżankę, a w domu wyzywają dzieci. I zdradzają męża w biurze albo na fitnessie. Co chodzą na zakupy i grupkami na sałatki, co się nieustannie odchudzają i malują, także nigdy nie zobaczymy ich naturalnego oblicza. Co znają plotki i odcienie szminek.
Nie znoszę ich bardziej niż reszty kobiet.
Niestety, okazało się, że panie te w weekendy lubią chodzić razem na warsztaty taneczne. A jeszcze gorzej, że na te same co ja.
Wystrojone to mało powiedziane.
Profesjonalne buty taneczne, z nakładkami wygłuszającymi obcasy. Na nogach grube skarpety, legginsy, tunika. We włosach kolorowy kwiat. Śmieją się i zaczepiają instruktora geja. Stare baby z kilogramem tapety na ryju, które odczuwają wewnętrzny przymus, żeby przeszkadzać innym.
Jedną zaczęło boleć kolano, na co druga
- może nie powinnaś tak szybko przychodzić po operacji?
- nie, to nic takiego (pierwsza) - już wczoraj mnie bolało.
Po chwili upadła z natychmiastowym szlochem (ja nie wiem, ale jak mnie coś zaboli, to trwa kilka sekund zanim zacznę płakać, ale może jestem opóźniona). Głośno wrzeszczy, nie może wstać. Wszystkie koleżanki podbiegają do niej (ale będą miały do obgadywania i marudzenia, że im zepsuła weekend). Całe szczęście, prowadzący upewnił się, że jej pomogą w recepcji i jedziemy dalej z zajęciami. Widzę potem, jak sanitariusze z karetki po nią idą i nie mogę odeprzeć tej myśli:
- Weźcie ją od razu do psychiatryka.
Lecz szybko pojawia się refleksja:
- Ale w sumie czemu działać na niekorzyść ludzi z psychiatryka...
a.
Rany po weekendzie już się zabliźniły. Strupy maleją, siniaki blakną, patrzę na życie z optymizmem.
Mogłabym pisać o różnych rzeczach, bo ciekawy miałam weekend. Chciałabym jednak poświęcić uwagę zjawisku, na który świat nie zwraca uwagi w sensie negatywnym, a ja za to tak.
Bicze. Suki. Bezwzględne kobiety interesu, wiecznie nieszczęśliwe i niedowartościowane. Z fałszywym uśmiechem, takie co obgadują w pracy każdą koleżankę, a w domu wyzywają dzieci. I zdradzają męża w biurze albo na fitnessie. Co chodzą na zakupy i grupkami na sałatki, co się nieustannie odchudzają i malują, także nigdy nie zobaczymy ich naturalnego oblicza. Co znają plotki i odcienie szminek.
Nie znoszę ich bardziej niż reszty kobiet.
Niestety, okazało się, że panie te w weekendy lubią chodzić razem na warsztaty taneczne. A jeszcze gorzej, że na te same co ja.
Wystrojone to mało powiedziane.
Profesjonalne buty taneczne, z nakładkami wygłuszającymi obcasy. Na nogach grube skarpety, legginsy, tunika. We włosach kolorowy kwiat. Śmieją się i zaczepiają instruktora geja. Stare baby z kilogramem tapety na ryju, które odczuwają wewnętrzny przymus, żeby przeszkadzać innym.
Jedną zaczęło boleć kolano, na co druga
- może nie powinnaś tak szybko przychodzić po operacji?
- nie, to nic takiego (pierwsza) - już wczoraj mnie bolało.
I zapindala dalej w szpilach. Bardzo mądrze.
Po chwili upadła z natychmiastowym szlochem (ja nie wiem, ale jak mnie coś zaboli, to trwa kilka sekund zanim zacznę płakać, ale może jestem opóźniona). Głośno wrzeszczy, nie może wstać. Wszystkie koleżanki podbiegają do niej (ale będą miały do obgadywania i marudzenia, że im zepsuła weekend). Całe szczęście, prowadzący upewnił się, że jej pomogą w recepcji i jedziemy dalej z zajęciami. Widzę potem, jak sanitariusze z karetki po nią idą i nie mogę odeprzeć tej myśli:
- Weźcie ją od razu do psychiatryka.
Lecz szybko pojawia się refleksja:
- Ale w sumie czemu działać na niekorzyść ludzi z psychiatryka...
a.
nie takie chucherko słabe jak go widzą
jestem anemikiem. jak byłam małym bąbelkiem i szorowałam do zerówki z wielkim plecakiem, tata żartował, żebym trzymała się płotu, bo jeszcze mnie wiatr zwieje... i nie raz tak bywało. w szkole podejrzewali, że rodzice mnie nie karmią, a w domu, że w szkole nie jem kanapek. ciągle słyszałam, że jestem prawie przezroczysty chucherek. no i tak się snułam w tej szarej masie społecznej - jak duch.
w podstawówce ciężka choroba przybiła mnie do szpitalnego łóżka na kilka miesięcy. lekarze rodzicom oświadczyli, że ich dziecko może wyjechać ze szpitala nogami do przodu albo na wózku inwalidzkim. kiedy następnego dnia wstałam i poprosiłam o obiad, uznano to za cud.
skoro obwołano mnie cudem to nie mogłam już być chucherkiem. przez okno w szpitalu codziennie patrzyłam na drzewo. po tygodniach znałam każdą jego gałązkę. pomyślałam, że jeśli się wydostanę ze szpitala i wszystko będzie dobrze, podejdę do tego drzewa i je uściskam. tak też się stało. nigdy moje zmysły nie wchłaniały tak intensywnie przyrody.
druga szansa na nowe życie obudziła we mnie szaloną chęć przeżywania i cieszenia się wszystkim co mnie otacza. już niczego się nie bałam. już nie przejmuję się, tym jaka jestem tylko jestem po prostu... szczęśliwa. czasami mam wrażenie, że zamiast krwi w moich żyłach tętni ciągle... adrenalina. nadal wyglądam jak chucherko, ale mam w sobie tyle siły i energii, że to ja teraz przewracam płoty.
Dla tych, którzy nie czują powera ani adrenaliny...
w podstawówce ciężka choroba przybiła mnie do szpitalnego łóżka na kilka miesięcy. lekarze rodzicom oświadczyli, że ich dziecko może wyjechać ze szpitala nogami do przodu albo na wózku inwalidzkim. kiedy następnego dnia wstałam i poprosiłam o obiad, uznano to za cud.
skoro obwołano mnie cudem to nie mogłam już być chucherkiem. przez okno w szpitalu codziennie patrzyłam na drzewo. po tygodniach znałam każdą jego gałązkę. pomyślałam, że jeśli się wydostanę ze szpitala i wszystko będzie dobrze, podejdę do tego drzewa i je uściskam. tak też się stało. nigdy moje zmysły nie wchłaniały tak intensywnie przyrody.
druga szansa na nowe życie obudziła we mnie szaloną chęć przeżywania i cieszenia się wszystkim co mnie otacza. już niczego się nie bałam. już nie przejmuję się, tym jaka jestem tylko jestem po prostu... szczęśliwa. czasami mam wrażenie, że zamiast krwi w moich żyłach tętni ciągle... adrenalina. nadal wyglądam jak chucherko, ale mam w sobie tyle siły i energii, że to ja teraz przewracam płoty.
Dla tych, którzy nie czują powera ani adrenaliny...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
